Ściana albo zmiana, czyli samorządy wobec kryzysu. Rozmowa z Andrzejem Sadowskim

Z Andrzejem Sadowskim, prezydentem Centrum im. Adama Smitha, rozmawia Łukasz Perzyna.

– Jak ocenia Pan obecną kondycję finansową polskiego samorządu i jaka jest Pana prognoza dotycząca jej przyszłości? Jak rozumiem, kształtują ją dwa zjawiska, których nie dało się w pełni przewidzieć: pandemia oraz pomoc uchodźcom, którzy znaleźli się u nas w wyniku rosyjskiej agresji na Ukrainę. Zaś trzecia zmienna to Polski Ład, efekt działań rządu, niekorzystnych dla demokracji lokalnej?

–  Najkrócej rzecz ujmując, nie tyle nawet finanse samorządowe znajdują się w kryzysie, co bankructwo czeka samorządy, jeśli nie przeprowadzą po swojej stronie daleko idących zmian. Zdarzały się wprawdzie w Polsce spektakularne bankructwa gmin, ale rzadko do nich dochodziło, ponieważ za wszelką cenę starano się do nich nie dopuścić. Konsekwencje kumulacji skutków ograniczeń i zakazów z pandemii i chaosu wywołanego tzw. Polskim Ładem oraz fali uchodźców pogłębiły tylko stan głębokiej nierównowagi w finansach publicznych, a w rezultacie i pogorszenie się finansów rządów lokalnych zwanych samorządami, które zmierzą się nie tyle z kryzysem, co możliwością bankructwa. 

– Dlaczego tak się dzieje?

– Rząd nie reguluje części zobowiązań wobec samorządu, nie przekazując na bieżąco np. subwencji przeznaczonych na dodatkową edukację dzieci z Ukrainy, chociaż samorządy ponoszą już jej koszty. Brak płynności w sektorze publicznym potęguje się.  

– Co mają więc robić?

– Samorządy muszą zacząć poważnie kontrolować wydatki oraz zacząć je ograniczać. Na wcześniej zaplanowane pozycje w budżecie środków w tej nadzwyczajnej sytuacji nie wystarczy, a możliwości zaciągania kolejnych zobowiązań w sporej części samorządu skończyły się. Nawet oczekiwane pieniądze unijne, jeśli do Polski trafią, nie poprawią skokowo, ani długookresowo sytuacji finansów samorządów. 

– Wskazuje Pan na potrzebę raczej defensywnych działań po jego stronie: tak się odbiera takie pojęcia jak oszczędność, kontrola czy audyt?

– Nie są to działania defensywne tylko konieczne oraz racjonalne w sytuacji, w której żadna pomoc szybko nie nadejdzie. W żadnym jednak wypadku nie chodzi o bezrozumne i propagandowe oszczędności, jak to miały w zwyczaju proponować rządy np. zmniejszenia wydatków na administrację o 10 procent, czy likwidację etatów w niej w podobnym procencie, pomijając, że bez wcześniejszej likwidacji niepotrzebnych przepisy same ograniczenia etatów i pieniędzy wywołają skutki odwrotne. Sytuacja jest nadzwyczajna i wymusza racjonalizację oraz ograniczenie wydatków, aby świadomie zarządzać kryzysem i nie rozbić się o ścianę.

– Strasznie pesymistyczne jest to, co Pan mówi. 

– Pesymizmem stanie się wtedy, gdy zawczasu lokalne rządy nie wyjdą kryzysowi naprzeciw i będą chciały go przeczekać, co jest niemożliwe. Jednak z kryzysowej sytuacji prędzej wyjdą samorządy, które mniej marnotrawnie zarządzają finansami oraz mogą szybciej i skuteczniej przeprowadzić zmiany, jak chociażby racjonalizację stanu posiadanego majątku. Kryzys moment sięgnięcia po rezerwy, które bardzo często latami obciążały budżety samorządów bez jakiejkolwiek widocznej korzyści dla mieszkańców.

– Czy można mówić, że to „etap prawdy” jak w Wyścigu Pokoju określano jazdę indywidualną na czas?

– Określenie „menedżerowie dobrej pogody” lepiej oddaje zbliżającą się chwilę prawdy o stanie i sprawności władz samorządów. Gdy jest względnie dobrze, to wszystkim, mniej lub więcej też rośną wskaźniki. Zła pogoda sprawia, że ci wyłącznie od dobrej okazują się być bezradni, a radzą sobie z nią tylko naprawdę dobrzy. 

– Co to oznacza dla lokalnych włodarzy?

– Nie wystarczy jak do tej pory piastować funkcję, zasiadać w organach władzy, celebrując bycie wójtem, burmistrzem czy prezydentem miasta. W czasach względnej prosperity mogło nawet wystarczyć powierzchniowe sprawowanie pozorów władzy. Trwający od kilkunastu miesięcy pogłębiający się kryzys uniemożliwia w ten sposób sprawowanie bardzo często władzy na pół, a nawet ćwierć etatu. Mamy stan nadzwyczajny w finansach państwa, ale też samorządu. Nie poprawi sytuacji obarczenie obywateli dodatkowymi podatkami jak to czyni rząd, czy podnoszenie podatków lokalnych. Za kilkanaście miesięcy jest konstytucyjny termin wyborów. Złe rządzenie będzie miało swoje konsekwencje przy urnach. Dobra pogoda skończyła się, a tzw. pieniądze europejskie nie staną się parasolem pod którym można skryć się i przeczekać.

– Czyli niesłusznie samorządy liczą na środki europejskie jako remedium?

– W pierwszej kolejności trzeba liczyć zawsze tylko na siebie, bo kto stosuje tę zasadę może rozczarować się wyłącznie swoim działaniem. Środki z Unii mogą się nawet przyczynić do pogorszenia sytuacji samorządów i utrzymać dotychczasowe życie ponad stan. Znaczna część tych pieniędzy to pożyczka, którą trzeba będzie prędzej lub później jednak oddać. Prawdziwym problemem jest to, że są to tzw. pieniądze znaczone. Samorząd nie wyda ich na to, co realnie w dzisiejszej sytuacji naprawdę jest potrzebne mieszkańcom, tylko na to, co wcześniej zapisano w Krajowym Planie Odbudowy. Nader często dochodziło do sytuacji, że budowano drugą czy trzecią pływalnię, albo kolejny stadion w danej miejscowości, bo były pieniądze, a jak się skończyły, to koszty utrzymania niepotrzebnych inwestycji rozkręcały spiralę zadłużenia. Środki z KPO, kiedy trafią do samorządów, pobudzą tylko na moment jak filiżanka kawy. Drugiej już nie będzie, bo również Unia Europejska znajduje się w widocznym kryzysie, o czym świadczy rozkręcająca się na terenie państw euro inflacja oraz rosnące ceny, które przestały być stabilne i przewidywalne. Jak w takiej sytuacji planować inwestycje? Na jaką część inwestycji starczą, kiedy ceny surowców zmieniają się częściej, niż samorządy zdążą zaakceptować taką zmianę w kolejnym aneksie do umowy. Oczekiwanie, że w takich warunkach uda się zrealizować inwestycje, które pozwolą staną znów na nogach jest wspomnieniem z przeszłości. Inwestycje wymagają również własnych środków, a z nimi będzie coraz trudniej. Wiele razy dawało się zauważyć, że w jednych krajach Unii Europejskiej te same fundusze pomocowe dawały dobry oraz trwały efekt, ale w innych po wydaniu sytuacja wracała do punktu wyjścia i efekt był taki jak z wodą, która wsiąkła w piasek pustyni. Nie same pieniądze z UE warunkują sukces w samorządzie, tylko odpowiedzialne przywództwo tzw. leadership…

– I teraz powiedział Pan coś optymistycznego: wszystko w naszych rękach?

– Oczekiwanie na przysłowiową mannę z nieba utrwala tylko bezradność. Wyczekiwanie na środki z KPO to tracenie czasu, a działania trzeba było zacząć podejmować już wczoraj.

– Środki dotrą, chociaż z rocznym opóźnieniem…

– .. a my je zaczniemy wydawać i dzięki nim zdążymy wygrać wybory. Pieniądze z Unii Europejskiej to tylko na chwilę przyklejony plaster, który niczego trwale nie zmieni, a skutecznie odsuwa w czasie rozwiązywanie problemów. Szybkie wydanie pieniędzy trwale nie poprawi jakości życia, które zależą od dobrego rządzenia i zmian jakościowych. Samo odmalowywanie fasad i wylanie na drogę nowej nawierzchni w kryzysie nie będzie już szansą na wygrane wybory. Obywatele oczekują uczciwego i odpowiedzialnego przywództwa, a nie menedżerów od dobrej pogody oraz festynów.

26.04.2022

Wywiad ukazał się w 66 nr gazety Samorządność

Podobne wpisy