|

Hermeliński: O przekładaniu wyborów mówią politycy

Z sędzią Wojciechem Hermelińskim, byłym przewodniczącym Państwowej Komisji Wyborczej (2014-19), rozmawia Łukasz Perzyna

– Czy zbieżność przyszłorocznych terminów wyborów parlamentarnych i samorządowych to rzeczywiście aż taki problem, jak przestawia to władza, rozważająca nawet przeniesienie, a ściślej opóźnienie tych drugich?

– Problem polega na tym, że mało czasu dzieli te terminy. Jeśli założyć, że najwcześniejsza możliwa data wyborów samorządowych to 23 września, a najpóźniejsza parlamentarnych to 5 listopada, w grę wchodzi dystans półtora miesiąca. To nie jest dużo. Z podobną zbieżnością terminów, chociaż wtedy czasu zostało więcej, mieliśmy już do czynienia w 2015 r, ale w wypadku wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Mimo wszystko, znając sprawność Państwowej Komisji Wyborczej oraz Krajowego Biura Wyborczego, zwłaszcza profesjonalizm pracowników biura, jestem przekonany, że przy dobrej woli – a taką przecież zakładamy – można jedne i drugie wybory przeprowadzić jak należy. 

– Czyli o zamyśle przeniesienia wyborów samorządowych decydują racje polityczne?

– Nie chcę tego stanowczo rozstrzygać, jednak rzeczywiście sens podejmowanych rozważań wydaje się taki, że partia rządząca woli najpierw przeprowadzić wybory parlamentarne, bo liczy, że je wygra. Zaś samorządowe przełożyć, żeby odbyły się później, bo nie chce startować w parlamentarnych z balastem wcześniejszej przegranej. 

– To jednak dość wątła podstawa działania?

– Rozmawiamy poważnie. Nie można tak po prostu sobie powiedzieć: przekładamy wybory o rok czy półtora. Takiej żonglerki być nie powinno, w demokratycznym państwie prawa, jak Rzeczpospolitą Polską określa 2. artykuł Konstytucji. Jedyna prawna możliwość przedłużenia kadencji wiąże się z wprowadzeniem jednego ze stanów nadzwyczajnych. W tej kwestii Konstytucja jest ścisła. Ustawodawca zaś musi się nią kierować. Gorset Konstytucji skutecznie go ogranicza, na tym polega praworządność. Do przeniesienia wyborów potrzebna jest podstawa prawna, a takiej nie widzę. Krótki czas, jaki upłynąłby między jednym a drugim głosowaniem – to za mało. Weźmy pod uwagę punkt widzenia wyborcy.

– Po prostu: nie tak się umawialiśmy?

– Nie wolno z wyborców robić głupków, jeśli tak można rzec kolokwialnie. Najpierw przecież przedłużono kadencję samorządów do pięciu lat. I nagle teraz wyborców stawia się w sytuacji, że znowu zmienia się prawo. Wyborca głosował na kandydata, wybierał swojego radnego XY, ze świadomością, że będzie on pełnić swoją funkcję przez pięć lat. A nie że jak nagle sobie władza zażyczy, to się mu kadencję skróci. W warunkach demokracji w ten sposób działać nie można. 

– Czyli powodów do przenoszenia wyborów Pan nie widzi?

– Najistotniejsze pozostają tu kwestie prawne. Wyłącznie na nich można osąd opierać. Państwowa Komisja Wyborcza jeszcze się w tej kwestii nie wypowiedziała, przynajmniej nie dotarły do mnie żadne sygnały, żeby tak się działo. O zmianie terminu wyborów samorządowych, o pół roku czy dziesięć miesięcy, mówią wyłącznie politycy. A Konstytucja pozostaje w tej kwestii jednoznaczna.

– Czy samo nakładanie się na siebie dwóch kampanii: parlamentarnej i samorządowej stanowi jakiś problem, bo na ten argument politycy się powołują?

– Przywołuje się problem rozliczeń. 

– …osobnych dla obu kampanii…

– Każdy komitet przedstawia swoje rozliczenia. I te wyliczenia, zarówno dotyczące wyborów parlamentarnych jak samorządowych, składa do Państwowej Komisji Wyborczej. Zaś PKW skrupulatnie je przeanalizuje i oceni. 

– A szum informacyjny, jaki się z podwójną po części kampanii wiąże?

– Nie wydziwiajmy. Szum zaczął się już teraz…

– Teraz? Przecież do wyborów, jednych i drugich, został ponad rok?

– Ale politycy już ruszyli w objazd kraju. Państwowa Komisja Wyborcza od dłuższego czasu domagała się, jeszcze w czasach, kiedy jej pracą kierowałem, by ustawodawca coś zrobił ze zjawiskiem prekampanii. Z agitacją, która ma miejsce jeszcze przed zarządzeniem terminu wyborów, więc nie jest w żaden sposób regulowana. Właśnie tu widzę większy problem, niż w bliskości terminów głosowań. Znane powiedzenie głosi, że kolejna kampania wyborcza zaczyna się z chwilą, gdy poprzednie wybory się kończą.

Wywiad ukazał się w 68 nr gazety Samorządność

Podobne wpisy