|

Artur Borkowski: Ludzie są zadowoleni, że mają nowych sąsiadów

Z Arturem Borkowskim, burmistrzem Serocka, wiceprezesem Mazowieckiej Wspólnoty Samorządowej rozmawia Łukasz Perzyna.

– Jeśli przymierzyć liczbę przybyszów z Ukrainy gościnnie u Was przyjętych do liczby mieszkańców miasta i gminy to można chyba powiedzieć, ze Serock  stał się symbolem i liderem pomocy uchodźcom?

– Nie zajmuję się na bieżąco śledzeniem wszystkich danych z innych ośrodków, ponieważ pochłania mnie pomoc udzielana tutaj, na miejscu, ale na pewno jest tak, jak Pan mówi. Z satysfakcją obserwujemy sprzęgający się mechanizm naszej samorządowej inicjatywy i wydolności, mierzonej możliwościami lokalowymi i logistycznymi oraz zaangażowania mieszkańców i okazywanej przez nich na co dzień nowo przybyłym ludzkiej życzliwości. Serock znajduje się zapewne w szczęśliwej sytuacji ze względu na rozbudowaną bazę noclegową, z której przy tej okazji korzystamy, ale nie udawałoby się wszystko tak znakomicie, gdyby nie żarliwość mieszkańców, gotowość do pomocy, jaką przejawiają strażacy, sołectwa, wszelkie organizacje lokalne. Nie poradzilibyśmy sobie z tym wyzwaniem, gdybyśmy się wzajemnie nie wspierali. Wyczuwam w Pana pytaniu chęć budowania jakiegoś rankingu, oczywiście naszym zamiarem pozostaje pomoc konkretnym ludziom, rodzinom, które do nas przybywają, nie bicie rekordów, chociaż zapewne licytowanie się w tym, co dobre, nie niesie za sobą żadnych niebezpieczeństw.

– Wiadomo, że do Serocka, liczącego 4,3 tys mieszkańców trafiło ok. 1,5 tys uchodźców z Ukrainy?

– W obiektach bezpośrednio zarządzanych z poziomu gminy znalazło tymczasowy dom 560 naszych gości, zapewne co najmniej drugie tyle zostało zaproszonych przez mieszkańców do siebie, w Serocku i okolicach przeważają domy jednorodzinne, bloków jest niewiele, ale właściciele mieszkań tam usytuowanych też otworzyli drzwi przed wygnańcami wojennymi. Nadaliśmy już 700 numerów PESEL naszym nowym sąsiadom. Na zajęcia w przedszkolach i szkołach uczęszcza ponad 200 dzieci. 

– Kto do Was przyjechał? Czy przybysze stanowią przekrój społeczeństwa ukraińskiego czy trochę bardziej to skomplikowane?

– Gościmy u siebie bardzo wiele młodych mam z dziećmi, ale nie brak też rodzin pięcioosobowych. Wśród starszych przeważają również kobiety, mężczyzn dużo mniej widać. Na pewno nie trafiają do nas dekownicy – młodzi mężczyźni, unikający służby wojskowej w swojej ukraińskiej ojczyźnie. Zapewne jest to – jak Pan rzecz ujął – jakiś przekrój społeczny współczesnej Ukrainy, ale dramaty ludzkie często ciężko ująć w zgrabne publicystyczne formuły… Czy w ogóle w słowa. Wystarczy spojrzeć na jedną, dość typową rodzinę, trafiła do nas matka z młodszymi dziećmi, ale ojciec rodziny i syn są teraz na froncie, walczą, a nasi goście tak bardzo się o nich niepokoją… Ciężko przychodzi o tym mówić.

– Jakie są oczekiwania przybyszów, czy jesteście w stanie je zaspokoić? 

– W podstawowym zakresie spełniamy ich wymagania. Zaspokajamy potrzeby – począwszy od zakwaterowania, o którym była już mowa – od edukacji, poprzez pomoc społeczną i opiekę zdrowotną, po szukanie pracy i wsparcie prawne. 

– Wymieniają się, jedni przyjeżdżają, drudzy wyjeżdżają?

– Rotacja wynosi 25 proc, tylu rozejrzało się i pojechało szukać szczęścia dalej. Jeśli zdecydowana większość pozostała – świadczy to o tym, że tym ludziom jest u nas dobrze, z czego się bardzo cieszymy.  

– Co mówią oni sami o swoich gospodarzach? 

– Obserwujemy różne postawy, zawsze reakcje ludzi, którzy dopiero co wyzwolili się z poczucia zagrożenia i wciąż niepokoją o los najbliższych i stan własnych domów przejawiają się rozmaicie. Niektórzy od razu proszą o lepsze pokoje. Ale to przecież także sygnał, że pragną się szybciej tu poczuć u siebie. Inni od razu zgłaszają się do pomocy współrodakom na zasadzie wolontariatu. Uczestniczą w pracy, odkąd przyjechali a ściślej ta praca staje się nasza wspólna.

– Dał Pan do zrozumienia, że Serock ma sporo szczęścia, dysponując zapleczem, ale przecież to Wy samorządowcy potrafiliście z tego uczynić pożytek i atut?

– Rzeczywiście, wykorzystaliśmy dwa duże ośrodki, służące w sezonie jako miejsca wypoczynku i centra szkoleniowe oraz dodatkowo jeszcze jeden, do którego trafiła ponad setka ukraińskich dzieci. Ale powtarzam, że do tych miejsc trzeba doliczyć gościnę udzialaną przez mieszkańców, a okazane przez nich serce zmierzyć trudno, żadna statystyka temu nie podoła. Cieszę się, że tak się dzieje w Serocku i okolicach.

– Jednak z jakimiś problemami dla mieszkańców tak liczna obecność uchodźców się też wiąże? Wiele się w życiu miejscowych zmieniło po tym tak feralnym dla ich nowych sąsiadów poranku 24 lutego? 

– Czasem muszą w urzędzie cierpliwie poczekać, skoro petentów jest więcej. Newralgicznym punktem zawsze w takich razach okazuje się służba zdrowia. Mieszkańcy pozostają jednak tolerancyjni. Wielkich narzekań nie słyszę. Zresztą mamy pluralizm, wolność i demokrację, każdy może głośno powiedzieć, co mu nie odpowiada. Ludzie są przeważnie zadowoleni, że mają nowych sąsiadów. Sami, gdy im pomagają mają poczucie, że realizują misję społeczną i dobrze się z tym czują.

– Czy uchodźcy pytają czasem, jak długo to potrwa?

– Tylko jedna osoba wie, jak długo to potrwa. Deklarujemy gotowość dzielenia tej niedoli razem z nimi.

– Czego oczekuje Pan od administracji rządowej?

– Spodziewamy się uwzględnienia dłuższej perspektywy działania, nie w skali dni czy tygodni tylko. I deklarujemy, że damy sobie radę. 

Wywiad ukazał się w 65 numerze gazety Samorządność

Podobne wpisy