|

Andrzej Sadowski: Psucie pieniądza zaczęło się jeszcze przed pandemią i atakiem na Ukrainię

Z Andrzejem Sadowskim, prezydentem Centrum im. Adama Smitha rozmawia Łukasz Perzyna

– Inflacja pobiła właśnie niechlubny rekord, 15,6 proc rok do roku to najgorszy wynik od ćwierćwiecza. Co ten wskaźnik oznacza dla zwykłego Polaka, poza drożyzną, bo to następstwo chyba oczywiste?  

– Obywatel doświadcza znacznie wyższego poziomu inflacji, niż podawany przez Główny Urząd Statystyczny, czyli inflacji konsumenckiej, która pod koniec marca tego roku wynosiła już 30 proc. Rosnące ceny w powtarzalnych zakupach są dla obywatela realną miarą inflacji oraz utraty wartości polskiego złotego. Starsze pokolenia, które po doświadczeniach z hiperinflacją przełomu lat 80 i 90 ubiegłego wieku, cieszyły się przez dwie dekady stabilnością narodowej waluty, znów przeżywają niszczenie wartości swoich życiowych oszczędności. 

– Co się więc stało, czy obecny wzrost inflacji ma związek z niekorzystnymi zjawiskami, które jako usprawiedliwienie przywołują rządzący?

– W lutym 2020 r, a więc jeszcze przed pandemią…

– …konkretnie zaś w ostatnim miesiącu, kiedy pandemii u nas jeszcze nie było…

– Już w lutym 2020 indeks cen konsumpcyjnych wzrósł najbardziej od listopada roku 2011, a inflacja sięgnęła rok do roku 4,7 proc. Wówczas sytuacja była aż nadto alarmująca. Uznano jednak, że inflację wkrótce stłumi epidemia.

– Odpowiadają więc za to rządzący, a nie klęska żywiołowa?

– W czasie pandemii zastosowano politykę „helicopter money”, czyli zrzucania dodrukowanych pieniędzy gdzie popadnie. Przy wprowadzonych administracyjnych ograniczeniach i zakazach produkcji i świadczenia usług, czyli ograniczeniu ich podaży zwiększono skokowo podaż pieniądza. Agresja Rosji na Ukrainę jest dwa lata po lutym 2020 roku, kiedy już wtedy inflacja była najwyższa od 11 lat. Trudno zatem całą odpowiedzialność przerzucić na Imperium Zła, czyli Rosję, czy na ceny ropy naftowej. W latach przed pandemią wahania cen ropy sięgały dziesiątków procent, ale mimo to, ich wpływ na inflację nie był aż dotkliwy. Doświadczyliśmy nawet przez krótki czas dobrodziejstwa deflacji. Pensje nie wzrastały, ale można było za nie kupić więcej, bo ceny towarów malały. Straszono nas wówczas deflacją i zachwalano inflację, która miała pobudzić jak kawa, naszą gospodarkę. Oprócz inflacji pochodzącej z importu za sprawą rosnących cen ropy, które w części były wynikiem zwiększenia podaży dolara, prowadzono również osłabianie złotego, co jeszcze bardziej windowało ceny paliw w naszym państwie. W sytuacji rozkręcającej się inflacji i tracącego na wartości złotego polskiego trudno planować nie tylko emeryturę, ale i rozwój rodziny. Wpływ inflacji na demografię będzie bardziej znaczący, niż program 500 plus.

–  Osłabienie waluty i inflacja jako skutek przyniosły więc efekt odwrotny do oficjalnego zamierzenia flagowego projektu obecnej ekipy, programu 500 plus przedstawianego jako tak bardzo prorodzinny?

– Program 500 plus w wymiarze czysto technicznym jest zwrotem części podatków zapłaconych przez rodziców, którzy je wcześnie zapłacili kupując towary i usługi na rzecz swoich dzieci. Według naszych w Centrum im. Adama Smitha wyliczeń wynikało, że 50% budżetu programu 500 Plus to wpływy z podatku VAT zapłaconego przez rodziców od wydatków na dzieci.

– Jak rozumiem inflacja oddala realizację programu 500 Plus i zapobieżenie kryzysowi demograficznemu?

– Sama inflacja jest już kryzysem samym w sobie, który jeszcze bardziej pogłębi kryzys demograficzny i zniweczy niektóre z pozytywnych efektów programu 500 Plus. Przyczyną biedy nie jest zbyt mała ilości pieniędzy, bo przy tym założeniu wystarczyłoby je dodrukować, aby zniknęła. Jednak im więcej ich się drukuje, tym bieda jest coraz większa, jak chociażby w stojącej ropą Wenezueli, czy nawet Rosji. Inflacja to przede wszystkim efekt polityki psucia pieniądz, która jest dla niej jak doping i dlatego bije ona rekord sprzed 25 lat.

Wywiad ukazał się w 68 nr gazety Samorządność

Podobne wpisy